Reklama
  • Środa, 19 kwietnia (11:01)

    Michał Lorenc. Żona wymo dliła moje nawró cenie

W 1995 roku gdy pisał muzykę do „Ave Maria”, nie miał pojęcia, że to modlitwa. Żona Agnieszka dyktowała mu słowa. – Nie wierzyłem wtedy w nic, nie znałem nawet tej modlitwy, nie miałem nic wspólnego z Kościołem – opowiada Michał Lorenc (61), jeden z najsłynniejszych kompozytorów muzyki filmowej. Zanim poznał Boga, przeszedł przez piekło uzależnienia.

Reklama

Kiedy miał 16 lat, uciekł z domu w Bieszczady. – Po rozpadzie mojej rodziny jako buntownik musiałem się gdzieś podziać. Chodziłem w góry na rajdy, zbierałem jagody, pracowałem na budowie – wspomina. Marzył o komponowaniu muzyki filmowej. Napisał balladę do serialu „Przyjaciele”, nagrał ścieżkę dźwiękową z Andrzejem Zauchą i Korą, wszyscy się zachwycili i tak spełniło się jego pragnienie, choć był samoukiem. Po filmie „300 mil do nieba” miał już ugruntowaną pozycję w branży i był powszechnie znany.

– Towarzyszyło mi poczucie absolutnej wyjątkowości. Byłem sobą zachwycony – opowiadał. Swój sukces opijał z przyjaciółmi, a wkrótce pojawiły się również narkotyki. W pewnym momencie sytuacja wymknęła się spod kontroli. Muzyk miał powiązania z mafią, od której kupował „towar”.

Pojawiły się także dramaty w życiu prywatnym

– Po śmierci dziecka poczułem, że świat nie ma sensu. Miałem już taki moment, że chciałem ze sobą skończyć – wyznaje. Wtedy, w 1995 roku, odwiedził go przyjaciel, Marcin Pospieszalski i zaczął się nad nim modlić. – Uznałem to za upokarzające, ale pomyślałem: skoro on robi z siebie takiego idiotę i błazna, to może ja te narkotyki wyrzucę, żeby też zrobić jakiś ruch. Wyrzuciłem je do ubikacji i spuściłem wodę. Po latach zrozumiałem, że wtedy już działała modlitwa Marcina. Nie miałem z tym nic wspólnego w sensie woli. Doświadczyłem zjawiska, o którym nie mogę zapomnieć w żadnej sekundzie. Zjawiska długotrwałego, które utrzymywało się kilka dni – wspomina kompozytor. Wtedy jego życie zupełnie się zmieniło. On sam przestał być dla siebie centrum świata. To miejsce zajął Bóg. – Okazało się, że mój samolubny obraz świata jest kompletną iluzją. Nastąpiło mozolne odbudowywanie relacji z żoną, dziećmi. To było coś nadprzyrodzonego. Nie zasługiwałem na to, ale otrzymałem szansę. Wiara jest łaską. Ja miałem szczęście – wspomina. Jego małżeństwo w początkach nawrócenia wisiało na włosku.

Michał nie wracał do domu po parę nocy, uciekał z niego

– Stan mojego upadku i psychicznego załamania trwał latami. Zdarzały się epizody schizofreniczne. Agnieszka modliła się o moje nawrócenie, błagała Boga o nie – opowiada. I stał się cud, muzyk uwierzył. A potem kolejny, Lorenc wstąpił do wspólnoty neokatechumenalnej. Jego żona sama była tym zaskoczona: – Boże, prosiłam Cię o nawrócenie Michała, ale otrzymałam zbyt wiele – śmieje się. Michał dobrze wie, jak wiele wspólnocie zawdzięcza. – Gdybym nie trafił do tego miejsca, nie jest pewne, czy bym żył. Jestem w związku z Agnieszką, a bywało różnie. Do dziś nasz dom jest pełen wielkich namiętności i konfliktów. To cud, że cały czas się kochamy. I tak wiele dobrego dzieje się między nami. Wspólnota mnie ratuje. Nie mam wątpliwości. Spotykamy się dwa razy w tygodniu, modlimy, czytamy Pismo Święte, opowiadamy o sobie i problemach. Jest w grupie moja żona, syn, córka – opowiada.

– Ale nie można się nawrócić i już być nawróconym. Ten proces dokonuje się cały czas. I prawdopodobnie tak będzie do końca życia. Zdarzają się upadki i zwątpienia, pustka. Wtedy właśnie pomocna jest wspólnota neokatechumenalna – podkreśla. Moment przystąpienia do Kościoła uważa za najmocniejsze doświadczenie. Silniejsze od narkotyków, hulaszczego życia i wielkich sukcesów międzynarodowych. – Tamte emocje są niczym w porównaniu do oglądania życia przez pryzmat Biblii – podkreśla. Dziś nie towarzyszy mu już pyszne przekonanie o swojej wyjątkowości. Wie, że wszystko dostaje z góry. Co dzień czyta brewiarz, który jest dla niego instrukcją obsługi własnej duszy oraz otaczającej rzeczywistości. Miłość, którą otrzymuje, daje mu ogromną radość. – Spoglądasz na swoje życie i cały jego brud, a mimo to wiesz, że jesteś absolutnie kochanym dzieckiem Pana Boga. I patrzysz na wszystko inaczej. Wszystko masz przebaczone. Wszystko – kończy muzyk.

Dobry Tydzień

Zobacz również

  • Będę miał wnusię! – zdradza „Dobremu Tygodniowi” Zbigniew Buczkowski (65). I dodaje, że dziecka spodziewa się wraz z żoną jego syn Michał. Aktor będzie wprawdzie dziadkiem po raz czwarty, ale jak... więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.