Reklama
  • Czwartek, 7 kwietnia 2016 (08:05)

    Jeremi Przybora. Starszy Pan był kiedyś paniczem

Kabaret Starszych Panów, odtrutka na szarą codzienność, był dla niego także wyprawą w niezwykły, bezpowrotnie zaginiony świat dzieciństwa i młodości.

Reklama

Cylindry, kwiaty w butonierkach, nienaganne maniery, a wśród gości hrabiny i oficerowie kawalerii. Świat Kabaretu Starszych Panów był tak odległy od codzienności PRL przełomu lat 50. i 60., jakby Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski przybyli z innej planety.

Wydawało się, że kabaretowa rzeczywistość to od początku do końca twór ich fantazji, „rozkiełznanej wyobraźni”, a jednak zaskakująco wiele postaci i sytuacji miało pierwowzory w biografii Jeremiego Przybory.

Dziecko z Pałacu Błękitnego

Urodził się 12 grudnia 1915 r. w... pałacu. A mówiąc precyzyjniej, w oficynie Pałacu Błękitnego, gdzie wówczas mieściła się warszawska rezydencja ordynatów zamojskich.

Dziadek Jeremiego, niegdyś ziemianin, był w ordynacji kimś w rodzaju głównego księgowego, o dość nietypowych, jak na ten fach, zainteresowaniach. Bibliofil i meloman, zgromadził liczne egzemplarze dzieł Stefana Żeromskiego z dedykacjami autora, który jako bibliotekarz ordynacji był jego kolegą z pracy.

Ozdobą kolekcji muzycznej były skrzypce z pracowni Amatiego, na których znakomicie grał. Babcia była natomiast mistrzynią eksperymentów językowych. Zapewne po niej Jeremi odziedziczył talent i zamiłowanie do zabawy słowem.

Elegancka dama z rozmysłem szokowała towarzystwo, komentując na przykład czyjeś ględzenie słowami: „A to takie tam pierdolajdum-klajstrum”.

Gdy przygotowywała się do wyjścia i kompletowała strój lub pudrowała nos, prosiła: „Poczekajcie, muszę się jeszcze trochę przypstrzyć”. Osoba bez życiowej energii była jej zdaniem „zdupiesiała”.

Dziadkowie ze strony ojca pochodzili z Kresów. „Na to, żebym się urodził dokładnie taki, jakim się urodziłem, a więc mieszanej krwi mazowiecko-kresowej, trzeba było jednej z tych polskich specjalności historyczno-militarnych, jakimi były powstania – wspominał Jeremi Przybora.

- Gdyby bowiem nie powstanie styczniowe i udział w nim mego dziada po mieczu Konstantego, nie straciłby on majątku Krasnołuki w ziemi witebskiej, a po powrocie z zesłania nie musiałby się osiedlić na terenie Kongresówki”. Ojciec Jeremiego stwierdził, że tylko solidne studia, a nie zasługi, tytuły i herby przodków, mogą mu zapewnić przyszłość.

Został wybitnym technologiem produkcji cukru. Kierował cukrowniami, potem założył własne firmy wytwarzające słodycze. Był człowiekiem sukcesu finansowego. Dość powiedzieć, że rodzinę było stać na sześciopokojowe mieszkanie w reprezentacyjnej kamienicy przy ulicy Wiejskiej.

Po rozwodzie rodziców Jeremi kursował między ulicami Wiejską a Kopernika, gdzie zamieszkał ojciec z nową żoną, ale już wkrótce miał porzucić Warszawę. Stefan Przybora uznał, że dobrą lokatą oszczędności będzie majątek ziemski.

Kupił dobra Miedzyń pod Bydgoszczą. Dlaczego tak daleko? Na Pomorzu, z którego po odzyskaniu przez Polskę niepodległości emigrowało wielu Niemców, ziemia była tańsza niż na Mazowszu.

Na wozie z bańkami

Rola panicza z dworku budziła mieszane uczucia w Jeremim, typowym wielkomiejskim dziecku. Najpierw zachwyciła go swoboda, przyroda i jazda konna. Potem zaczęły się jesienne szarugi i kłopoty z dojazdami do szkoły w Bydgoszczy.

Nie odwoził go żaden stangret powozem. Nie pozwoliłby na to ojciec. Kiedyś, gdy Jeremi zdał relację, że w szkole pochwalił się rodzinnym herbem Syrokomla, najpierw zapadła cisza. A po chwili ojciec wydał okrzyk: „Idiota! Boże, dlaczego ukarałeś mnie tym zasmarkanym snobem? Widzieliście szlachcica!”.

Jeremi zaczynał więc podróż do szkoły furą, którą transportowano bańki z mlekiem na stację. Potem w pociągu zbierał cięgi od starszych kolegów, których ulubioną rozrywką było dręczenie młodszych i słabszych.

Wracał do Miedzynia już po zmroku, zmęczony, a jeszcze czekało go odrabianie lekcji. I kolejna pobudka o piątej nad ranem. Ojciec, prowadzący firmy w Warszawie, rzadko bywał w Miedzyniu. Majątkiem zarządzali administratorzy.

Po części na skutek ich poczynań, po części w wyniku złej koniunktury, posiadłość okazała się studnią bez dna. Wymagała ciągłych inwestycji, a nie przynosiła dochodu. Do miejsc, które Jeremi zachował w sentymentalnych wspomnieniach z Miedzynia, należała długa aleja czereśniowa.

Na początku maja zachwycała burzą białych kwiatów, a w końcu czerwca wabiła owocami ciężkimi od słodkiego soku. Niestety, jednej z zim rekordowe mrozy zabiły niemal wszystkie drzewa. Była to symboliczna zapowiedź pożegnania z majątkiem.

Trzeba go było sprzedać ze stratą – nabywcy, który nie wpłacił wszystkich rat. Gdy po wojnie, mieszkając w Bydgoszczy, Jeremi Przybora odwiedził Miedzyń, zastał tam wpędzający w depresję obraz nędzy i zaniedbania.

U hrabiego

Po przedwczesnej śmierci ojca macocha Jeremiego wyszła powtórnie za mąż. Ojczym nie krył, że utrzymanie studenta jest dużym obciążeniem dla domowego budżetu.

Rozwiązaniem okazał się wyjazd Jeremiego do majątku hrabiów Chreptowiczów-Butieniewów w roli ko- repetytora. Miał przygotować do podjęcia nauki w polskiej szkole Sieriożę, syna hrabiego Apolinarego.

Nastolatek mówił biegle po rosyjsku, równie dobrze po francusku, ale z polskim miał problemy. Rodzina rosyjskich arystokratów uciekła przed rewolucją do Paryża. Zjawiła się w Polsce, gdy okazało się, że może odzyskać jeden ze swoich majątków, który znalazł się w granicach II RP.

Były to mające ponad 20 tys. ha dobra Szczorse na Nowogródczyźnie. Dla przybysza z Warszawy wszystko tu było egzotyczne, dziewiętnastowieczne, poczynając od staruszki niani przy samowarze, jak z Tołstoja lub Czechowa, przez feudalne relacje pałacu z białoruską wsią, po nadniemeńskie knieje.

Nie zabrakło i ponętnej pokojówki, która dla studenta okazała się „aniołem seksualnego miłosierdzia”. Wspomnienia z Miedzynia oraz Szczors powróciły po latach, kiedy Jeremi Przybora powoływał do życia bohaterów Kabaretu Starszych Panów.

„Pokolenie paniczów, strasznie dla Polski ważne, skończyło się, zginęło, nie ma ich – mówił o swoich inspiracjach. – I mam wrażenie, że to, co uczyniłem w Kabarecie, to dla Jerzego i dla mnie było próbą odbudowania statusu starego panicza. Starego panicza, który nawet nie ma już swojego otoczenia w postaci innych paniczów”.

Życie na Gorąco Retro

Zobacz również

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.