Reklama
  • Poniedziałek, 20 marca (08:05)

    Barbara Dunin. Przez życie ze śpiewem na ustach

Jest bardzo wdzięczna losowi za to, że mogła robić to, co kocha. I że przeżyła wielką miłość

Ten zawód ma cienie i blaski, ale gdybym zaczynała jeszcze raz, poszłabym tą samą drogą. Kocham estradę, lubię spotkania z publicznością, śpiew to mój żywioł – deklaruje Barbara Dunin. Jubileusz 55-lecia pracy artystycznej, który niedawno obchodziła, stał się okazją do wspomnień.

Dorastała w rodzinie szlacheckiej. – Urodziłam się 7 lat po ślubie, byłam wyczekiwanym dzieckiem – mówi piosenkarka. – Miałam wspaniałych rodziców i ciepły, radosny dom. Pełen miłości, szacunku dla tradycji i przesiąknięty patriotyzmem. Jej tata miał 10 lat, gdy jako jedno z Orląt Lwowskich walczył o polskość miasta; stryj Jan był adiutantem generała Andersa, a najmłodszy z dziesięciorga rodzeństwa Piotr zginął w Powstaniu Warszawskim.

Jak Barbara Radziwiłłówna

Reklama

Pierwszy raz stanęła na profesjonalnej scenie już jako czterolatka. Zagrała księżniczkę w spektaklu dla dzieci w Teatrze Słowackiego w Krakowie. – Pamiętam tylko, że czułam się fantastycznie, miałam piękną sukienkę z zielonego tiulu i koronę – opowiada. Swoimi występami chętnie uświetniała też uroczystości rodzinne: śpiewała albo grała na fortepianie. Gdy skończyła szkołę muzyczną w Krakowie, tata zaprowadził ją na konkurs piosenki organizowany przez Polskie Radio.

– Ty tak pięknie śpiewasz, musisz spróbować – zachęcał. Zajęła pierwsze miejsce, co otworzyło jej drzwi do kariery. Zaczęły się występy w radiu i trasy z Estradą Krakowską. Barbara Dunin dała się też poznać publiczności Starego Teatru w Krakowie – występowała w kabarecie „Przy szabasowych świecach”. Miała świetne recenzje. „Interpretacja i warunki głosowe stawiają ją wysoko w hierarchii naszych pieśniarek i piosenkarek” – pisała o niej Magdalena Samozwaniec.

Podczas gościnnego występu w Krynicy doszło do zabawnej sytuacji. – Moja babcia była na widowni, a siedząca obok niej pani, wskazując na mnie, powiedziała: – Wie pani, kto to jest? Barbara Radziwiłłówna!

Mezalians, ale szczęśliwy

Olśniewająca uroda i żywy temperament sprawiały, że miała wielu adoratorów. Kiedyś przyszła na bal w towarzystwie aż... czterech młodych mężczyzn. Ale jej serce zdobył dopiero Zbigniew Kurtycz. – W 1962 roku przyjechały na występy do Krakowa gwiazdy z Warszawy, wśród których był on. Mnie dokooptowano do nich jako młodą siłę – uśmiecha się artystka. Wkrótce się okazało, że trafiła ich strzała amora.

– Zbyszek zawsze mówił, że jak tylko zobaczył moje czarne oczy, od razu się zakochał – wspomina. Ją natomiast ujęła jego charakterystyczna dla lwowiaków serdeczność oraz szczerość, z jaką opowiedział jej, że jest po rozwodzie i ma dwóch synów. Trzy lata później wzięli ślub. Rodzice Barbary Dunin nie byli tym zachwyceni. – Nie chodziło im o to, że popełniam mezalians, bo przecież liczy się to, jaki jest człowiek, a nie jego pochodzenie. Obawiali się, że nam się nie ułoży, Zbyszek był 24 lata starszy ode mnie, w dodatku rozwodnik z dwójką dzieci – opowiada. Zaakceptowali zięcia w pełni dopiero, gdy przekonali się, że uszczęśliwia ich córkę. O tym, że duet życiowy przełoży się na duet estradowy, przesądził...

Mieczysław Pawlikowski prowadzący „Podwieczorek przy mikrofonie”. Podczas jednej z audycji, w której gościł oboje artystów, wymusił na nich wspólny występ. – Skoro jesteście małżeństwem, zaśpiewajcie razem! – nalegał. Naprędce, w garderobie, opracowali więc parafrazę „Oczu czarnych”, a wykonanie wzbudziło aplauz publiczności. Rok później pierwszym napisanym dla nich utworem „Bardzo proszę, nie odmawiaj” wygrali radiową Giełdę Piosenki.

Tak narodził się najdłużej występujący duet na polskiej scenie muzycznej. Śpiewali w „Podwieczorku przy mikrofonie”, „Zgaduj-zgaduli”, „Programie z dywanikiem”, jeździli z koncertami po Polsce. I nie tylko: kilkanaście miesięcy spędzili w USA, odbyli kilkumiesięczne tournée po Związku Radzieckim. Barbara Dunin do dziś pamięta serdeczne przyjęcie, z jakim się tam spotkali, oraz... wyjątkowy bukiet czarnych orchidei, który dostała w Gruzji. Szczególne miejsce w jej wspomnieniach zajmują też Barbórki, hucznie obchodzone w PRL.

– Często występowałam tego dnia na Śląsku, a ponieważ miałam imieniny, górnicy w galowych mundurach podrzucali mnie do góry – wspomina. Jest wdzięczna losowi za to, że robiła w życiu to, co kocha. Nigdy nie odwołała żadnego koncertu. Śpiewała nawet z ręką w gipsie, który udało się ukryć pod sięgającymi do łokcia rękawiczkami. – Nikt się nie zorientował, że mam złamaną rękę. Oparłam ją na ramieniu Zbyszka, i to jemu ciążył gips, ale jakoś to wytrzymał – opowiada. Nic nie mogło im popsuć radości z występu. –

Byli profesjonalistami w każdym calu. Przepięknie śpiewali i robili to zawsze z entuzjazmem, nawet wtedy gdy publiczność domagała się kolejnych bisów – mówi Jolanta Fajkowska, dziennikarka radiowa i telewizyjna, która pamięta ich występy na festiwalach kultury kresowej, gdzie śpiewali m.in. lwowskie piosenki. – Ludzie ich kochali. Wystarczyło, że wyszli na scenę, a publiczność już była ich.

Zawsze po dobrej stronie

Barbara Dunin nie ukrywa, że jest coś, czego trochę żałuje. – Aktorstwo to moje niespełnione marzenie – przyznaje. Mówiono jej, że ma do tego predyspozycje, sama też to czuła, ale nie zdawała do szkoły teatralnej. – Zawsze byłam na bakier ze sportem, a od aktorów wymaga się dużej sprawności fizycznej – tłumaczy. Na szczęście jej życie tak się ułożyło, że mogła w pewnym stopniu zrealizować i tę pasję.

– Pod koniec lat 70. występowałam w Teatrze Syrena prowadzonym przez Gozdawę i Stępnia. Lopek Krukowski obsadzał mnie w swoim cyklu „Mała Antologia Kabaretu”. To był dla mnie zawodowo bardzo dobry okres – twierdzi artystka. Tak w obiegu oficjalnym, jak i tym zakazanym, bo występowała też wtedy w kościołach podczas nielegalnych obchodów patriotycznych. – Gdy zaproponowano mi udział w tych uroczystościach, nie wahałam się ani chwili – mówi. – To były niezwykłe przeżycia. Panowała tak podniosła atmosfera, że nawet nas, artystów, wzruszenie ściskało za gardło. Nie tylko śpiewałam pieśni patriotyczne, ale też recytowałam wiersze – wspomina.

Przyznaje, że czasem trochę się bała, gdy idąc do katedry na Starówce, mijała zomowców i suki milicyjne, ale najważniejsze było to dla niej to, że opowiedziała się po właściwej stronie. Z tego samego powodu, chociaż zawsze miała żyłkę społecznikowską, w działalność w Związku Artystów Scen Polskich zaangażowała się dopiero po 1989 roku. Kilka lat była przewodniczącą sekcji estrady. – Wprowadziłam wtedy tradycję organizowania przedświątecznych spotkań: opłatka i jajeczka, która trwa do dzisiaj – mówi z dumą.

Żeby się ludzie kochali

Za najważniejsze przesłanie, jakie wyśpiewała z mężem, uważa przebój „Żeby się ludzie kochali”. Te słowa są też świetnym podsumowaniem ich związku. Przeżyli razem pół wieku w wielkiej miłości.

– Wzruszające było to, że nie wstydzili się okazywania sobie uczuć, serdecznych gestów. Trzymali się za ręce, odnosili się do siebie z czułością, ale też z poczuciem humoru. W ostatnich latach życia Zbigniewa Kurtycza żona troskliwie się nim opiekowała – wspomina Jolanta Fajkowska. Piosenkarz zmarł w 2015 roku, w wieku 95 lat. – Bardzo mi brakuje Zbyszka, rozmawiam z nim codziennie przed snem. Wciąż czuję jego obecność – wyznaje Barbara Dunin. Artystka już nie koncertuje, ale co niedzielę na mszy o godz. 10.30 śpiewa psalm w Kościele Środowisk Twórczych przy pl. Teatralnym w Warszawie.

KS

Życie na gorąco

Zobacz również

  • Jak ktoś nie ma dystansu, lepiej niech nie wchodzi na mój profil – ostrzega na Facebooku Mariusz Pudzianowski (40). Ale nawet duże pokłady humoru mogą nie wystarczyć, żeby zrozumieć jego ostatni... więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.